wtorek, 18 lipca 2017

Klub Zdrowia: nie daj się oszukać!

Z przyjemnością odnotowałem przekroczenie przez tekst „Ziołowa ściema, czyli precz z pasożytami” bariery, która wydawała mi się do tej pory nieosiągalna – niemal 23 tysięcy odsłon. Ośmielony sukcesem wpisu, postanowiłem poszukać innych ściem, przed którymi mógłbym ostrzec Czytelników, chroniąc ich portfele, zdrowie a być może i życie. Niestety, ich znalezienie było zbyt proste...

Moja mama uwielbia kolorowe tygodniki z segmentu „gwiazdy i ich odjazdy”. Jest to lektura łatwa, prosta i przyjemna, idealna do zagryzienia kruchym ciasteczkiem i popicia niesłodzoną kawą. Krzykliwe kolory, zdjęcia celebrytów i dział kulinarny bez trudu przyciągają niewymagających czytelników zarówno z dużych miast, jak i małych wsi. Target tzw. prasy yellow jest niezwykle liczny, co pokazuje sumaryczny tygodniowy nakład sześciu największych tygodników kobiecych: ponad 2,3 mln egzemplarzy, przy sprzedaży płatnej wynoszącej 1,63 mln sztuk! Jest to przepotężne medium reklamowe, co skrzętnie wykorzystują reklamodawcy. Jeżeli na lep reklamy złapie się co setny czytelnik, to liczba klientów przyciągniętych za pośrednictwem prasy yellow, będzie szła w tysiącach – i to tylko w ciągu jednego tygodnia! Ogromne znaczenie ma fakt, iż często czytelnicy charakteryzują się niewielkim poziomem wykształcenia, przez co są bardziej podatni na dobrze skonstruowaną reklamę i z trudem (jeżeli w ogóle) bronią się przed nabiciem w butelkę. 

Gdy trafiło do mnie kilka egzemplarzy ‘Twojego Imperium’ i ‘Życia na Gorąco’ (obie pozycje są wydawane przez Bauer Media Polska), nie mogłem oprzeć się i przewertowałem je w poszukiwaniu czegoś o ziołach. Krótkie teksty o ziołolecznictwie dosyć często pojawiają się w takich tytułach prasowych, lecz ich poziom merytoryczny pozostawia wiele do życzenia. Miałem nadzieję na znalezienie tekstu o niskiej jakości i skonstruowanie wpisu w tryumfalnym stylu „Aha! Oto nędza dziennikarza!”, ale natrafiłem na kilka reklam wyjątkowo podejrzanych specyfików, którym poświęcam dzisiejszy tekst. Niech mój wpis będzie przestrogą dla wszystkich tych, którzy będą chcieli nabyć te lub inne preparaty, reklamowane w podobnym stylu – dajcie sobie spokój, wyjdzie Wam to tylko na zdrowie! 

Aby uchronić się przed zarzutami, iż odkopuję niestworzone rzeczy ze starych czasopism, na pierwszy ogień pójdzie ‘Twoje Imperium’, numer 26, 10-16 lipca 2017 r. Jak widzimy, jest to egzemplarz tegoroczny, więc sprawy tutaj opisywane są świeże i aktualne. Na stronie 47., którą można nazwać również przedostatnią, lub okładką III (jest to istotne, ale o tym później!), znajduje się całostronicowa reklama (skan na dole wpisu) preparatu Manuskin Active. Wielki napis na górze strony bije po oczach drogich Czytelników sensacyjnym hasłem „REWOLUCYJNY ŚRODEK na łuszczycę, liszaje i egzemy!”. Kto z nas nie zna osoby cierpiącej na jakąś chorobę skórną? Jeżeli w dodatku owe zmiany są w miejscu widocznym (twarz, ręce), to osoba chora pragnąca pozbyć się szpecących dolegliwości, jest w stanie wydać na terapię grube tysiące złotych. Nic dziwnego, że znajdują się bezwstydnicy chcący wyciągnąć od pacjentów grubą kasę, obiecując cuda na kiju. 

Jak czytamy dalej: „Gilbert Wong, profesor z Instytutu Medycyny Naturalnej z Nowej Zelandii, wynalazł środek, który skutecznie zwalcza wszelkie stany zapalne skóry.” Zostało zamieszczone zdjęcie pana Wonga, podpisane „specjalista z Uniwersytetu w Manukau”. Pomijając niezdecydowanie osoby redagującej tekst, czy pan Wong pracuje na uniwersytecie, czy też w instytucie, można łatwo sprawdzić, czy taka osoba istnieje. Cóż... research przeprowadzony na LinkedIn pokazuje, iż Gilbert Wong mieszka na Nowej Zelandii – i to w zasadzie tyle. Pan Wong kończył studia z zakresu komunikacji i reklamy na Uniwersytecie w Auckland (ma tytuł bakałarza, do profesora jeszcze mu daleko...) i zajmuje się public relations. Najwyraźniej obcy jest mu Instytut Medycyny Naturalnej, bo takowy... nie istnieje. Prawdziwy za to jest Uniwersytet w Manukau, którego pełna nazwa brzmi „Manukau Institute of Technology”, lecz żaden Gilbert Wong na nim nie pracował, ani na nim nie studiował. Podsumowując akapit: profesor Wong okazał się jedynie wytworem fantazji, stworzonym na potrzeby reklamowe.

U osób nieco bardziej obeznanych z kwestiami zdrowia, ostrzegawcza lampka powinna zapalić się przy zwrocie „skutecznie zwalcza wszelkie stany zapalne skóry”. Leczenie stanów zapalnych skóry nie należy do najłatwiejszych, na co zresztą wskazują kolejki do dermatologów. Kpiną w żywe oczy jest twierdzenie, iż istnieje jakikolwiek preparat, który leczy „wszystko”. W dodatku, wgryzając się w tekst reklamy, odnajdujemy informację, iż dodatkowo zabija wszystkie (!) bakterie i grzyby oraz odbudowuje tkankę skórną. Nawet nie mam siły z tym polemizować – nagle okazuje się, że wszystkie nasze leki, kremy, maści, antybiotyki są do wyrzucenia. Więc cóż ma takie niebywałe właściwości? 

Fikcyjny profesor Wong zajmował się nowozelandzkim miodem manuka, z którego wyekstrahował methylglyoxal (metyloglioksal; warto dodać, iż nieistniejący prof. Wong przypisuje sobie odkrycie w tym miodzie tego związku), substancję o właściwościach bakteriobójczych. Z tym nie mam prawa polemizować, istotnie w tej odmianie miodu jest całkiem spora ilość tego związku, oznaczana jako MGO (mg metylogioksalu na kg miodu). Nie jest to jednak związek charakterystyczny tylko dla miodu manuka – to produkt pośredni wielu przemian metabolicznych u organizmów żywych, znajduje się w mleku, syropie klonowym, a nawet w coca-coli. Kwestią wysoce dyskusyjną jest skuteczność metyloglioksalu na proces gojenia ran. Jedne badania mówią o tym, iż następuje nieznaczna poprawa – taka sama powinna nastąpić po zastosowaniu zwykłego miodu wielokwiatowego, który również odznacza się przecież aktywnością bakteriobójczą i dużymi walorami pielęgnacyjnymi. Inne doniesienia mówią natomiast o indukowaniu stanów zapalnych przez metyloglioksal u osób chorych na cukrzycę (Clinical Science, 01 Jul 2005). Nie znam żadnych wiarygodnych doniesień mówiących „Tak, miód manuka leczy łuszczycę, liszaje a często stosowanie kosmetyków z tym miodem, prowadzi do samoregeneracji skóry”. Ktokolwiek tak twierdzi, nie ma na to cienia dowodów i celowo nabija ludzi w butelkę. Butelka jest najwyraźniej dosyć duża, gdyż niewielkie opakowanie kremu Manuskin Active (35 ml) kosztuje aż 97 złotych. Reklama nie informuje nas, z kim zawieramy umowę kupna, nie jest podany producent kremu, podmiot wprowadzający do obrotu. Gdyby nie daj Boże, stało się komuś coś po tym preparacie, do kogo pisać skargi? Jedyne co możemy wywnioskować z tego tekstu, to to, że istnieje jakiś „klub zdrowia”, który prowadzi tego typu telefoniczne sprzedaże. Dla reklamodawcy to wygodne, posiadanie lokalu jest niebezpieczne, jeszcze mogą na jego adres przychodzić zwroty i reklamacje. 

Postanowiłem poszperać nieco głębiej w internecie, szukając informacji o kremie Manuskin Active. Nie wiem do tej pory co to jest – lek czy kosmetyk?. Jak to mówią „ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra”, zatem czy produkt podpada do GIFu, czy pod SANEPID – to wciąż do ustalenia. Wedle strony http://manuskin-active.com.pl, krem ten dodatkowo zawiera olej z ogórecznika i pantenol, więc informacje zostały nieco poszerzone względem danych z reklamy papierowej. Dalej jednak nie wiemy, kto sprzedaje ten krem i kto go produkuje. Zastanawia wyższa cena preparatu w sprzedaży internetowej (137 zł) i tekst na dole strony:

„Niniejsza strona internetowa zawiera jedynie niewiążące informacje o charakterze poglądowym. Informacje przedstawione na stronie internetowej pochodzą z programu afiliacyjnego, do którego należy podmiot oferujący produkty lub usługi. Operator strony internetowej nie prowadzi sprzedaży jakichkolwiek produktów ani usług, a nie pośredniczy w takiej sprzedaży. Operator strony nie zbiera i nie przetwarza jakichkolwiek danych osobowych.”

Skoro nie prowadzi sprzedaży, ani nie pośredniczy w sprzedaży, to co robią na stronie internetowej guziki „kup teraz”, przekierowujące do formularza zamówienia? Ktoś tutaj próbuje zrobić z nas idiotów! Kliknięcie w zakładkę „Regulamin” oraz „Kontakt” nie przynosi żadnych istotnych informacji, najwyraźniej celowo nie podaje się danych podmiotu odpowiedzialnego za obrót tym kremem, licząc tym samym na ochronę przed wściekłymi klientami. Czy nadal chcesz kupić ten preparat o dętych właściwościach, nie wiedząc kto go wyprodukował, co zawiera i kto go sprzedaje? Czy wciąż chcesz zaryzykować możliwe pogorszenie się stanu skóry? Dzięki Google Trends widzę, iż od ponad roku każdego tygodnia jest kilkanaście zapytań ‘Manuskin Active’, co dobrze świadczy o internautach chcących dowiedzieć się czegoś więcej. Trapi mnie jednak to, ile wyszukiwań kończy się finalizacją zamówienia i w konsekwencji zapłaceniem frycowego. 

Podobny rozbiór reklamy jest niezbędny w przypadku rozgryzania preparatu Remaxin, którego reklama (skan na dole wpisu) znajduje się w ‘Życiu na Gorąco’, nr 28 z 13 lipca 2017 r. na przedostatniej stronie (okładka III). Piękne hasło „Pozbądź się żylaków i odzyskaj piękne nogi”, jest niezwykle na czasie. Czytelnicy prasy yellow z reguły młodzieniaszkami nie są, często cierpią na dolegliwości nieodzowne dla pewnego wieku. Żylaki u osób 50+ stają się niekiedy ponurą codziennością i każda szansa, aby poczuć ulgę jest mile widziana. 

Tym razem genialnym wynalazcą środka o nazwie Remaxin jest profesor Alois Drechsler, specjalista do spraw flebologii, szef Instytutu Zdrowia Komórkowego w Dornbach Wiedniem. Wybaczcie mi! Nie mogłem się powstrzymać i zweryfikowałem podane w reklamie informacje. Jedynymi prawdami w niej podanymi to flebologia i Dornbach. Faktycznie, flebologia zajmuje się żyłami, a Dornbach leży w Austrii. Na tym jednak kończą się fakty, a zaczynają niebezpieczne mity. Nie ma kogoś takiego jak profesor Alois Drechsler a Instytut Zdrowia Komórkowego to wydmuszka podobna do wspomnianego wyżej Instytutu Medycyny Naturalnej. 

No dobrze, zostawię profesora Drechslera niebytowi, zajmę się nader realnym Remaxinem. Zdjęcie produktu przedstawia buteleczkę z napisem „Remaxin; dietary supplement”. I już? Skład? Ilość dawek? Niestety, tego nie zobaczymy ani w prasie, ani w internecie. Jest to najwyraźniej świeżynka, Google Grafika nie znajduje innych zdjęć opakowania, a wyszukiwarka milczy nienawistnie na temat Remaxinu. Bez internetowego echa przechodzi wieść o cudownym preparacie który „zdobył olbrzymią popularność w Europie Zachodniej i USA, gdzie pomógł już 72 tys. kobiet”. Również bazy medyczne milczą o Remaxinie a przecież „przeszedł rygorystyczne badania kliniczne i jest certyfikowany”. Jest to plucie w twarz osobom, które naprawdę cierpią na bóle nóg, żylaki i zakrzepy. Na dobrą sprawę, nawet nie wiemy czy Remaxin to tabletki, pigułki czy proszek! O składzie wiemy tyle, co nic: „to w 100% naturalny kompleks ziół i minerałów znanych w medycynie naturalnej od tysięcy lat. […] Kuracja prof. Drechslera zawiera bowiem 300% więcej składników aktywnych, co powoduje natychmiastowe odblokowanie układu krwionośnego.” Czy naprawdę ktokolwiek chciałby zażywać preparat o nieznanym składzie, gdzie równie dobrze może być gips z cementem? Gdzie jest Główny Inspektorat Farmaceutyczny, gdy w czasopiśmie, które sprzedaje się w ilości PÓŁ MILIONA egzemplarzy tygodniowo, tajemniczy ‘klub zdrowia’ reklamuje bzdury o suplemencie diety (bo tym jest „dietary supplement”, który „rozpuszcza skrzepy cholesterolowe, złogi tłuszczowe i toksyny”? Kto kontroluje i w ogóle dopuszcza do obrotu takie rzeczy? 

Wysłałem do wydawnictwa Bauer pytania dotyczące podmiotu, który publikuje przytoczone wyżej reklamy. Do chwili obecnej nie doczekałem się odpowiedzi, gdy tylko ją dostanę, zamieszczę ją w tym wpisie. Niezależnie od tego, co napisze korporacja medialna, nie zrozumiem zasad etycznych, którymi kieruje się wydawnictwo Bauer, dopuszczając do druku reklamy, które robią z ludzi idiotów a z mózgu wodę. Reklamy które opisywałem, znajdują się na stronach okładkowych, co kosztuje majątek! Bauer oczywiście daje stałym reklamodawcom rabat, lecz reklama Remaxinu tylko w jednym numerze ‘Życia na Gorąco’ na przedostatniej stronie, musiała kosztować co najmniej 175 tysięcy złotych + 23% VAT. A w Twoim Imperium? A w innych tytułach yellow należących do wydawnictwa Bauer? O innych pismach nie wspominam, nie tylko Bauer drukuje pisma poradniczo-rozrywkowe. Jesteśmy świadkami przewałów na ogromną skalę, gdzie na jednej szali znajdują się miliony złotych oraz wielkie imperia medialne, a z drugiej cieniutkie portfele Polaków i nasze zdrowie.

Spodobał Ci się mój tekst? Polub fanpage Manuału Zielarskiego i daj znać innym!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz