wtorek, 3 października 2017

O upadku mandragory

Zgodnie z tradycjami najlepszych antycznych historyków, powinienem zacząć opowieść od samego początku i zmierzać do końca – stanu obecnego. Rzecz w tym, że ani ja, ani nikt inny nie wie, gdzie ów punkt startu ma się znajdować. Istnieją oczywiście rozliczne teorie, lecz wszystkie są mgliste i w najlepszym wypadku pozbawione jakichkolwiek dowodów. Bezsprzecznie wiadomo, iż mandragora była znana już ludziom pierwotnym – prostym homo sapiens, którzy mieli jeszcze trochę czasu na założenie cywilizacji.

Jak to bywa w dobrych historiach, najważniejsze pytanie pojawia się już u samego początku. "W jaki sposób człowiek poznał właściwości mandragory?". Jest to niestety pytanie bez odpowiedzi. Możemy sobie wyobrażać najróżniejsze scenariusze, każdy lepszy od poprzedniego a wszystkie oparte na tych samych, nikłych podstawach.

Przypatrzmy się mandragorze: w zależności od gatunku, kwitnie na fioletowo lub biało. Liście zwracają uwagę, ogromne, ciemne, aromatyczne (w przykrym tego słowa znaczeniu!). Owoc również jest niczego sobie! Złocista kula mogąca przywodzić na myśl zachodzące słońce. Nawet największy ignorant zwróciłby uwagę na tak charakterystyczną roślinę. Jagody sprawiały wrażenie jadalnych (i w istocie takie są), więc według mnie, to właśnie na nich skupiła się największa uwaga. Oczywiście musiano eksperymentować również z liśćmi i podejrzewam, że to właśnie przez nie człowiek poznał jej toksyczność. Brałem pod uwagę również zielone owoce lub nasienie, ale przecież człowiek pierwotny rozróżniał owoc dojrzały od nienadającego się do spożycia, trudno też sądzić, iż zjadał niesmaczne pestki. Odkrywanie właściwości mandragory było procesem powolnym i długotrwałym. Wpierw ostrożne owijania kończyn, okłady, potem odważono się na odwary, które były przełomem. Bardzo wyraźne efekty działania alkaloidów przesunęły mandragorę nieco bliżej kapłanów i lekarzy. Dla ogółu wciąż liczyły się smaczne "złote jabłuszka", lecz wtajemniczeni znali prawdziwą siłę.

http://www.liverpoolmuseums.org.uk
Gdzieś w drodze ku porządnej cywilizacji, mandragora zyskała status modnej rośliny o czym możemy przekonać się, oglądając ściany egipskich grobowców. Widnieją tam stylizowane malunki przedstawiające właśnie tę roślinę, w otoczeniu innych, lokalnie występujących gatunków. Zachowało się sporo ozdób, paciorków przedstawiających wybarwione, jasnożółte jagody. Egipska opinia publiczna ceniła te owoce - czy było to zasługą smaku – trudno orzec. W tym regionie świata zaczęto traktować mandragorę jako roślinę związaną z miłością i płodnością. Musiało to być bardzo powszechne przekonanie, gdyż podzielali je również Izraelici, z reguły wystrzegający się przyjmowania cudzych tradycji i wierzeń. W Księdze Rodzaju ukazana jest niniejsza scena:

[14] Pewnego razu Ruben, wyszedłszy na pole, gdy żęto pszenicę, znalazł mandragory i przyniósł je swej matce, Lei. Wtedy Rachela rzekła: "Daj mi mandragory syna twego".
[15] A na to Lea: "Czy nie dość, że mi zabrałaś mego męża, i jeszcze chcesz zabrać mandragory mego syna"? Rachela zawołała: "Niechaj więc śpi z tobą tej nocy za mandragory twego syna!"
[16] A gdy Jakub wracał wieczorem z pola, wyszła Lea naprzeciw niego i rzekła: "Do mnie przyjść, bo nabyłam cię za mandragory mego syna". I spał z nią owej nocy.
[17] Bóg zaś spełnił pragnienie Lei: poczęła i urodziła Jakubowi piątego syna.

Czytając między wierszami, możemy wywnioskować kilka rzeczy. Ruben przyniósł jagody które faktycznie owocują w okresie żniw. Liście i korzenie były najwyraźniej zbędne i ignorowane. Wplecenie mandragor w sceny łóżkowe świadczy o pojmowaniu ich jako afrodyzjaku, amuletu zwiększającego płodność. Jak silna była to wiara, skoro znalazła swoje miejsce aż na kartach Księgi Rodzaju?

Magia miłosna podążała swoją drogą, natomiast medycyna swoją. Znano mak, lulka i kilka innych, silnie działających roślin. Do tego arsenału dołączyła również i mandragora, która miała sprowadzać sen i łagodzić ból. Zaczęto warzyć ją w celu stworzenia prymitywnego anestetyka pozwalającego przeprowadzić bolesne operacje na ludzkim ciele. Sądzę, że właśnie tutaj rozpoczęła się kariera Radix Mandragorae. Z pewnością przygotowanie wywaru z korzenia było prostsze – mniejsza objętość w porównaniu z liśćmi, i o wiele mocniejsze działanie. W celu zaspokojenia potrzeb medyków pozyskiwano całkiem spore ilości korzeni. Te lubią się rozgałęziać, więc siłą rzeczy musiano znaleźć jakiś, który przypominał kształtem ludzką formę. Ponieważ religii w starożytności było aż nadto – zwłaszcza w Egipcie – to tam upatrywałbym pierwszych początków mitu o pół-człowieku.

Słowo anthropomorphos w odniesieniu do mandragory było znane Pitagorasowi żyjącemu w VI w. p.n.e., więc samo przekonanie musiało być daleko starsze, skoro miało czas na solidne umiejscowienie w greckich umysłach. Humanoidalny korzeń musiał wywrzeć niezłe wrażenie w umysłach prostych ludzi. Mandragora powoli zanika jako optymistyczny symbol płodności, a staje się czymś ciemniejszym, związanym z magią. Rośliną tajemniczą, potężną, zdecydowanie nie dla mas. Podobno miała ją w swym ogrodzie Hekate – bogini czarów, ciemności i widm. Pada nawet nazwa Circaea – związana z czarownicą Kirke. Wyjątkowo zły PR krążył wokół nieszczęsnej mandragory.

Europejska moda na gonienie diabła skutecznie zniechęcała do stosowania "podejrzanych" roślin. Pitagorejska koncepcja anthropomorphos ożyła z nieprawdopodobną siłą. Ilość krążących mitów, legend i podań przekroczyła masę krytyczną – w końcu uznano, że mandragora wysługuje się piekielnym siłom. To spowodowało stworzenie kolejnych przekłamań, które pasowały zarówno jednej, jak i drugiej stronie. Strona kościelna miała kogo obwiniać za niepowodzenia, natomiast czarownice zyskały nowy "magiczny" atrybut. Jakoś zapomniano o medycznych właściwościach opisywanych przez Dioskurydesa i Galena. Wolano przerzucać się diabelskimi imaginacjami, jakoby mandragora krzyczy podczas wyrywania, zabijając śmiałka próbującego pozyskać jej korzeń.

W końcu stracono na dobre resztki zdrowego rozsądku, wykorzystując psy do wyrywania roślin. Oczywiście każda szanująca się czarownica musiała mieć towar pierwszej jakości. Jeżeli coś miało szkodzić ludziom, to musiało rosnąć w odpowiednim miejscu, pełnym cierpienia i śmierci. Najlepsze były cmentarze i szubienice – to echa traktowania mandragory jako rośliny bóstw podziemnych. Dorodny okaz nie mógł wyrosnąć sam z siebie, potrzebny był do tego człowiek – w najokropniejszym tego słowa znaczeniu. Gdy skazaniec zawisa, z reguły następuje samoistna defekacja, nie brak również krwi i innych wydzielin – głównie spermy. I to o nią rozchodziło się w wyjątkowo rozpowszechnionym przesądzie, jakoby z wydzielin męskich wyrastały mandragory męskie, natomiast z kobiecych płynów – żeńskie. To, co zostało zasiane w ostatnich chwilach życia złoczyńcy, musiało być zebrane przez jeszcze gorszych od wisielca.

Szalone podejście do mandragory zirytowało angielskiego botanika Johna Gerarda, który tak pisał o niej w swym Herball (1597):

Korzeń jest długi, cienki, białawy, podzielony na dwie lub trzy części, przywodzące na myśl ludzkie nogi. Donosi się, że inne części ciała są naśladowane przez jego wyższe części. Jednakże prawdą jest, że nie różni się bardziej od korzeni marchwi lub pietruszki, które także rozwidlają się na dwie lub więcej części. Krąży wiele dziwacznych historii o tej roślinie, pochodzących ze starych wierzeń lub od wędrownych konowałów albo handlarzy medykamentów. 
[...]
Dodając więcej, nigdy lub niezwykle rzadko znajduje się rosnącą naturalnie mandragorę pod szubienicami, gdzie substancje spadające z martwego ciała mają nadawać kształt męski, lub wydzieliny z kobiety, kształt żeński roślinie.
[...]
Wszystkie wierzenia i stare przekonania możesz od tej pory zamknąć w książkach i swej pamięci wiedząc, iż każda ich część jest fałszywa i nieprawdziwa: dla siebie i moich sług odkopałem mandragorę, uprawiałem ją i rozmnażałem wielokrotnie i jeszcze nigdy nie uzyskałem kształtu mężczyzny lub kobiety. Czasem był to jeden długi korzeń, innym razem dwa, często rozdzielał się na sześć lub siedem odnóg, wyrastających z jednego, wielkiego korzenia, tak jak w naturze rosną inne rośliny.

Gerard podjął rękawicę rzuconą przez zabobon – doświadczalnie sprawdził to, o czym do tej pory mówiono półgębkiem wśród ciemnego ludu. Udowodnił, iż mandragorę otaczają jedynie kłamstwa i głupoty. Opublikowane wyjaśnienia najwyraźniej przekonały wielu, co znajduje swoje odbicie wiek później w 'Botanologii' Williama Salmona (1710), który wspomina mit anthropomorphon jako zabawną ciekawostkę w którą uwierzy jedynie głupiec. Co prawda utrzymany został podział na męską i żeńską, będąc jednakże rozróżnieniem botanicznym, odróżniającym dwa gatunki. M. officinarum kwitnąca na biało lub zielonkawo była mandragorą męską, natomiast M. autumnalis o fioletowych kwiatach to mandragora żeńska.

Po zniknięciu nimbu tajemnicy pozostały pustki, które należało szybko wypełnić. Może wydać się to dziwne, ale w 1710 roku nie dysponowano wiedzą na temat okresu kwitnięcia i owocowania mandragory. Orientacyjnie i nader niepewnie określano terminy marzec-kwiecień oraz lipiec-sierpień, przy czym doniesienia Carolusa Clusiusa z Hiszpanii burzyły układankę – widział liczne okazy mandragor kwitnących i owocujących w lutym.

Nie lepiej przedstawiała się wiedza medyczna. W zasadzie dysponowano tylko antycznymi źródłami, przy czym najchętniej powoływano się na 'De Materia Medica' Dioskurydesa. W 'Botanologii 'widnieje 12 przetworów z mandragory, przy czym do sporządzenia większości z nich jest potrzebny świeży lub zagęszczony sok z korzenia. Wydaje się, że była to najbardziej uniwersalna forma przetwarzania mandragory. Sok świeży wykorzystywano do sporządzania wszelkiego rodzaju maści i mazideł, których zakres terapeutyczny nie był szeroki. Zmieszany z olejem lub miodem, służył do smarowania miejsc po użądleniach os, szerszeni, a nawet skorpionów. Był dodatkiem do maści chłodzących i antybakteryjnych – to mandragorą leczono zakażenie skóry wywołane przez paciorkowce (różę). Rozprowadzony w wodzie różanej lub koprowej, miał łagodzić podrażnienia i zapalenie spojówek.

Sok zagęszczony roztwarzano w słodkim winie. Już 10 granów (0,65 g) miało sprowadzać wymioty, usuwając tym samym flegmę i melancholię. Wino mandragorowe (gotowano słodkie wino z kawałkami korzeni) dawano do picia przed operacjami. W zależności od stanu pacjenta i jego wieku ordynowano od pół do dwóch uncji, czyli maksymalnie niewiele ponad 60 gram wina. Ze sproszkowanego korzenia lub soku, wykonywano czopki, które działały podobnie do wina – sprowadzały sen i znosiły na pewien czas odczuwanie bólu. Kobietom podawano napój ze szczyptą nasion mandragory. Miały one oczyszczać macicę z martwego płodu, przy okazji lecząc ewentualne zmiany nowotworowe. Kataplazmy z liści i korzeni wykorzystywano do zmiękczania stwardniałych guzów, leczenia miejscowych stanów zapalnych, wrzodów i towarzyszącego tym przypadłościom bólu. Zalecano je także przy chorobie świętego Antoniego (zatruciu sporyszem).

Najważniejszym i bez wątpienia najmocniejszym preparatem był olej mandragorowy. Oryginalna receptura widniała w Pharmacopoea Londinensis, natomiast tłumaczenie oparłem na przepisie zamieszczonym u Salmona, który to zarzeka się, iż pochodzi właśnie ze wspomnianego lekospisu.

Weź 2 funty oliwy,
soku z mandragorowych jabłek albo liści 4 uncje,
soku z lulka 2 uncje,
soku z maku 3 uncje,
soku z fiołków oraz soku z młodego szczwołu po uncji,
opium, storaksu, każdego po pół uncji.
Zmieszaj wszystko poza opium i storaksem, maceruj w słońcu 10 dni, przecedź, dodaj drobne opium i storaks rozpuszczony w pół uncji strasburskiej terpentyny, zmieszaj wszystko zgodnie ze sztuką.

Olej ten miał być niezawodnym remedium na wszelkie bóle jakie tylko mogą dotknąć człowieka. W przypadku nieznacznego przedawkowania objawiającego się zbyt długim snem, Salmon zaleca podetknąć pod nos gąbkę z octem. Gdyby doszło do zatrucia, miano podać kieliszek Vinum benedictum (słodkie wino z solami antymonu) wywołującego gwałtowne torsje i wymioty.

Od tego czasu jej znaczenie nieustannie spadało. Od końca XVIII wieku z trudem znajdziemy w książkach dotyczących medycyny i farmacji choć jeden akapit poświęcony mandragorze. Redwood w 1857 roku określił ją wręcz jako "medyczną szarlatanerię". W końcu stała się tak nieistotna, iż angielskie słowo 'mandrake', które pierwotnie oznaczało właśnie M. officinarum, zaczęto przypisywać zupełnie innej roślinie – Podophyllum peltatum. Na początku XX wieku zidentyfikowano niektóre alkaloidy, po czym stwierdzono, że w sumie to samo ma pokrzyk (Atropa belladonna), więc nie ma sensu bawić się w odkrywanie mandragory na nowo.

I tak kończy się długa podróż mandragory przez ludzką cywilizację. Od odkrycia do zapomnienia. Od uwielbienia, przez znienawidzenie, do zupełnego zobojętnienia. Tak być nie powinno.

Spodobał Ci się mój tekst? Polub fanpage Manuału Zielarskiego
i daj znać o blogu innym!

2 komentarze:

  1. Ależ klimatycznie! Trzeba mieć ogromną wiedzę i talent, by fakty naukowo - historyczne przekazywać w tak ciekawy i przystępny sposób.

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za pochwałę i również pozdrawiam!

      Usuń