piątek, 3 listopada 2017

Tojad

Istnieją pewne dziedziny wiedzy, o których dobrze jest mówić szeptem, choć najbezpieczniej o nich w ogóle nie wspominać – przecież nigdy nie wiadomo, kto jeszcze może słuchać. Wielu z chęcią zrzuciłoby świeżo poznany ciężar wiedzy ze swojego serca i zamieniło na o wiele przyjemniejszy ciężar pieniędzy. Niewielu stać na takie wydatki, ale osoby te są żywo zainteresowane omawianymi tematami. Należy podkreślić słowo 'żywo', wszak może tu chodzić o ich życie.

Ludzkość bardzo szybko zauważyła, iż najłatwiej rozwiązuje się problemy poprzez śmierć, najlepiej cudzą. Zboże nie chce rosnąć? Poświęćmy kogoś! Nie ma deszczu od kilku miesięcy? Złóżmy dziewicę w ofierze! Oczywiście bóstw ani natury nie można było winić materialnie, a wygrażanie chmurom było co najmniej nieracjonalne. Dlatego społeczne niezadowolenie od dawna kieruje się ku sferom wyższym, głównie elitom rządzącym. Nie można jednak ukryć, iż opinia publiczna od zawsze jest mocno rozchwiana, dlatego eliminowano zarówno jednostki nieudolne, jak i osoby wybitne, które powszechnie podziwiano – najwyraźniej po to, aby nie przewróciło im się w głowach od nadmiaru sukcesu. Egzekucje wykonywano różnie: począwszy od rozłupania czaszki kamieniem, po sztylet wbity pomiędzy odpowiednie żebra. Metody te mają liczne zalety, lecz jedną, niezaprzeczalną wadę – łatwo można zostać złapanym na gorącym uczynku. Niewielu chciało nadstawiać swoją szyję za kogoś innego, więc musiano wymyślić cichy sposób mordowania niewygodnych osób. Tak powstało trucicielstwo.

Doprawdy trudno powiedzieć, kiedy zorientowano się, że kilka kropli opalizującego płynu strąconych z małego flakonika do kielicha z winem jest w stanie zmienić los świata. Niemniej jednak stało się to standardową metodą pozbywania się osób, które w mniemaniu innych stawały się niewygodnymi współpracownikami. Truciznę łatwo ukryć, a jeszcze łatwiej podać. Efekty wprawdzie są odłożone w czasie, lecz niemal zawsze pewne. Dzięki szerokiemu arsenałowi toksyn niemożliwe było ustalenie terminu podania, rodzaju czy antidotum. Sztuka ta w pewnym momencie została tak szeroko rozpowszechniona, iż śmierć w wyniku otrucia stała się wręcz pożądana w pewnych kręgach towarzyskich. Oznaczała, iż ofiara miała wyjątkowo potężnych wrogów, była istotna społecznie i najwyraźniej bardzo dobrze wykonywała swoją pracę, skoro zdecydowano o pozbyciu się jej.

Każdy szanujący się skrytobójca, dysponował dobrze zaopatrzonym zestawem buteleczek, flakoników i pudełeczek. Każde z opakowań było zdolne do wytrucia połowy wsi, więc było nadzwyczaj cenne i pożądane. Skład zmieniał się w zależności od epoki historycznej, zresztą trudno się temu dziwić – jedni preferowali toksyny mineralne: antymon, arszenik czy rtęć; drudzy woleli ekstrakty wykonane z trujących roślin, z których najbardziej ceniono tojad - i to właśnie jemu poświęcam ten tekst.

Tojad mocny (Aconitum napellus) zdobył sławę - choć ponurą - już w starożytności. Najwcześniejsze wzmianki o tej roślinie pochodzą od Teofrasta (370-279 r. p.n.e.), który opisał ją pod nazwą akoniton (άκονιτον). Grecy doskonale zdawali sobie sprawę z toksycznych właściwości tojadu, co więcej, nie bali się podpierać nim swych racji w rozgrywkach społeczno-politycznych. Półgębkiem wspomina o tym Plutarch w swych Moraliach:

I jak Kleon w komedii "Ma ręce w Wypraszałach, myśl w Kradninie zaś", tak myśl ciekawskiego przebywa jednocześnie w pałacach bogaczy, w chałupkach biedaków, na dworach królewskich, w komnatach nowożeńców; wszystkie sprawy śledzi: i obcych przybyszów, i panujących, a nie jest to całkiem bezpieczne; gdyż na przykład, kto by chciał pokosztować tojadu, ciekawym będąc jego właściwości, okaże się, że kosztując zginie zanim zdąży poczuć smak. Tak i ci, co tropią występki możniejszych od siebie, giną zanim zdążą czegoś się dowiedzieć.

Galowie i Chińczycy nie podzielali helleńskiej subtelności względem tojadu, brutalnie wdrażając go w ramy przemysłu wojennego. Groty strzał maczano w gęstym ekstrakcie z bulw, co miało poprawić śmiercionośność łuczników – w ostatecznym rozrachunku truciźnie nie robiło większej różnicy, z której części ciała wnikała do organizmu. Niezależnie od kontynentu, wszyscy w końcu zgodnie doszli do wniosku, iż militarne wyrzynanki nie mają przyszłości i lepiej sprawy załatwiać po cichu, wkraplając kilka kropli do talerza szaleńczego awanturnika: do tego celu tojad nadawał się idealnie.

Papież Klemens VII straszliwie bał się zamachu na swoje życie, a już zwłaszcza otrucia – zresztą obawy były słuszne, gdyż tojad zbierał obfite, renesansowe żniwo. Nie dziwi fakt, iż głowa Kościoła zleciła podanie tojadu dwóm więźniom skazanym na śmierć, aby przekonać się o skuteczności nowego antidotum.

źródło: vsent.com
Mówiąc 'tojad' mam na myśli bulwy: Tubera Aconiti, które cechują się najwyższą zawartością substancji toksycznych; można zbierać także liście (Folia Aconiti), choć ich działanie będzie o wiele słabsze. Bulwy z wyglądu są dość niepozorne, przypominają kształtem łzy albo główki czosnku; szarobrunatne, lekko pomarszczone, o długości do 8 cm, przeważnie okazy mierzą od 3 do 6 cm. Trudno jest mi sobie to wyobrazić, lecz znalazłem informacje o częstych pomyłkach bulw tojadowych z korzeniami chrzanu, co brzmi raczej jak kiepska wymówka, niżby fatalna pomyłka. Jednym z bardziej znanych (i zarazem wyjątkowo godnym pożałowania) przypadków jest wypadek pana Prescotta.

Zdarzenie miało miejsce w grudniu 1836 roku. Pan Prescott był krzepkim, 57-letnim londyńczykiem mieszkającym na City Road. Hobbystycznie zajmował się przydomowym ogródkiem, który dostarczał owoców i warzyw. Tak się nieszczęśliwie złożyło, iż w miejsc, gdzie zwykle pojawiał się chrzan, pojawiły się listki tojadu. Pan Prescott nie zwrócił uwagi na liczne różnice wizualne i wyrwał trzy dość mizerne okazy do obiadu. Korzonki umyto, oczyszczono i podano na talerzu jako sałatę z octem do rostbefu. W obiedzie towarzyszyli także żona i dziecko (nieznanej płci), lecz tylko dorośli zjedli "chrzan". Pan Prescott spożył półtora korzonka, małżonka pół, natomiast cały trzeci korzeń pozostał niezjedzony na talerzu. Po godzinie od posiłku głowa rodziny zaczęła uskarżać się na pieczenie w ustach i gardle, co przerodziło się sensacje żołądkowe połączone z długotrwałymi wymiotami. Klatka piersiowa paliła "żywym ogniem", czoło zrosił pot, a oczy nie mogły znieść jasnego światła. Kilka minut później do tego dołączył straszliwy ból głowy, chwilę potem drżenie, podobne do tego, jakie występuje przy zmarznięciu. Ostatnim, widocznym symptomem było zsinienie ust. Kilkanaście minut później pan Prescott zmarł. Nie była to widowiskowa śmierć - bez skurczów, spazmów i konwulsji.

Pani Prescott również czuła palenie w gardle i w przełyku, w dodatku alkaloidy poraziły narządy odpowiedzialne za artykulację dźwięków. Nie mogła zawołać nikogo, gdyż wydawała jedynie bełkotliwe dźwięki. Straciła władzę i czucie w rękach oraz nogach, w przeciwieństwie do męża, który jakoś zdołał dojść do toalety. Odczuwała skołowanie, lecz nie była senna. Jej ciało było zimne, jak gdyby spędziła sporo czasu w chłodnym miejscu. Pani Prescott miała o wiele więcej szczęścia od męża. Doświadczony lekarz zaordynował spore ilości leków wymiotnych oraz rumu, co pozwoliło jej wrócić do zdrowia.

Cudem uniknęła śmierci pewna tajemnicza dama, która przedawkowała nalewkę tojadową. Już po pięciu minutach zaczęła odczuwać bolesne ukłucia i mrowienie w rękach i palcach. Szybko dołączyły usta i język, następnie nogi i ręce. Po dziesięciu minutach od zażycia preparatu twarz spuchła, a przełyk zaczął "uwierać". Dama poczuła się strasznie słabo, straciła władzę w nogach, zdolność widzenia mocno się pogorszyła, lecz zachowała pełnię władz umysłowych. Po dłuższej chwili wzrok powrócił, lecz doszła sztywność szczęki; kończyny zrobiły się zimne, a oddech stał się krótki, płytki i męczący. W końcu pojawiły się silne wymioty. Po pięciu godzinach od przedawkowania leku, jej puls wynosił 58 uderzeń na minutę. Przeżyła.

Natrafiłem na sprzeczne informacje dotyczące pory największej "zjadliwości" Tubera Aconiti – w Europie uważano za odpowiedni czas zbioru miesiące letnie (okres kwitnienia), natomiast Amerykanie preferowali zimę lub wczesną wiosnę. Wcale nie dziwię się takim rozważaniom – nawet dzisiaj nie mamy pełnej wiedzy na ten temat. Miesiące zimowe będą odpowiednie, gdy chcemy uzyskać surowiec o mniejszej zawartości wody (krótszy czas suszenia), natomiast bulwy letnie będą w nią bogatsze, co liczy się w przypadku soków i ekstraktów. Zwracano uwagę także na miejsce zbioru i sposób traktowania surowca, gdyż często towar nie miał odpowiedniej "mocy", a zamiast poszukiwanego tojadu niemiecki oraz szwajcarskiego, podrzucano klientom mniej wartościowe bulwy z innych krajów.

Niezależnie od pory zbioru, w bulwach będą występować toksyczne alkaloidy: akonityna, pikroakonityna, mesakonityna oraz alkaminy: akonina czy napellina. Akonitynę wyizolowano po raz pierwszy w drugiej połowie XIX wieku poprzez ekstrakcję z etanolem, do którego dodano 0,5% kwasu winowego. Eksperymentowano z nią przez następne dekady, uzyskując po drodze kolejne pochodne. Używano jej głównie w mazidłach i kremach, unikając stosowania doustnego, które w tym wypadku niosło ze sobą zbyt duże ryzyko dla pacjenta. Zawartość akonityny w surowcu była wyznacznikiem jakości – to właśnie na ten alkaloid standaryzowano Tubera Aconiti. Oczywiście w zależności od kraju stawiano różne wymagania dotyczące procentowej zawartości akonityny w surowcu - Brytyjczycy przyjmowali zwykle 0,4%, Amerykanie 0,5% a Niemcy 0,8%.

Zażycie zbyt dużej dawki leku z Tubera Aconiti wiązało się z licznymi, przykrymi dolegliwościami: uczuciem palenia w jamie ustnej, wymiotami i towarzyszącymi im bolesnymi skurczami, przyspieszonym pulsem, paraliżem mięśni, nierzadko konwulsjami, okazjonalnie śpiączką i wreszcie śmiercią. Objawy przedawkowania wydają się bardzo różne, wyraźnie zależne od dawki i ludzkiego stanu fizjologicznego – wszak państwo Prescottowie we wspomnianą śpiączkę nie zapadli, ominęły ich także konwulsje. Aby uniknąć tak przykrych zdarzeń, kombinowano z różnymi formami leków opartych na tojadzie lub wyizolowanych alkaloidach. Pojawiały się plastry, mazidła, granulki, tabletki, chloroformy, syropy, kropelki, nalewki, proszki, rozcierki, abstrakty – długo by wymieniać! Kreatywność farmaceutów co do ordynowania trucizn była nieskończona.

Najczęściej lekarze przepisywali nalewki, które przysparzały najmniej problemu aptekarzom, jeżeli chodziło o ich produkcję. Wtedy ekstrakty alkoholowe (bo niczym innym nalewka nie jest), uzyskiwano na drodze perkolacji. Wprawdzie proces ten był żmudny, ale o niebo lepszy niż proszkowanie czy granulowanie. Zażywano je bardzo, bardzo ostrożnie. Dawki wprawdzie wahały się (różne czynniki miały w tym swój udział), ale starano się nie przekraczać jednorazowo 0,2 ml nalewki. Ekstrakty były jeszcze silniejsze, te liczono w granach i ich ułamkach (gdy przestawiono się na system metryczny, zastąpiły je miligramy, liczone raczej w dziesiątkach, niżby w setkach). Cóż to jednak znaczyło przy czystej akonitynie, gdzie pierwsze poważne objawy zatrucia pojawiały się przy 1/500 grana (0,13 mg)? Dzisiaj wiemy, iż 2-3 miligramy czystego związku wystarczą, aby zabić dorosłą osobę. Z trudem przychodzi nam wyobrażenie czegoś, co waży jeden gram, a co dopiero pięćset razy lżejszy ciężar. Faktycznie! Wystarczy jedna kropla umiejętnie upuszczona gdzie trzeba, aby wysłać kogoś do piekła.

Spodobał Ci się mój tekst? Polub fanpage Manuału Zielarskiego
i daj znać o istnieniu bloga innym!


Tworzenie Manuału Zielarskiego wymaga sporej ilości czasu. Blog na siebie nie zarabia, a zbliżają się koszty (np. opłacenie domeny). Chciałbym od czasu do czasu mieć coś z Manuału - kupić chociażby książkę do zbioru... albo lepiej - dwie książki, jedną dla siebie, drugą jako nagrodę w konkursie. Twoja wpłata pozwoli mi na realizowanie misji, utrzymanie i uatrakcyjnienie Manuału!
Kliknij na obrazek - przekieruje Cię na stronę zrzutka.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz