wtorek, 12 czerwca 2018

Skąd nie ma już powrotu

To już 60. wpis do Manuału Zielarskiego. Jestem bardzo zadowolony z tego faktu - w najśmielszych snach nie przypuszczałem, iż mój blog dotrwa do tego momentu. Przede mną kolejne kamienie milowe, które postaram się osiągnąć tak szybko, jak tylko się da. Będzie to możliwe z Waszą pomocą - Manuał nie powstaje dla mnie, ale dla Was!


TRUCICIELSTWO. Słowo przerażające, choć fascynujące każdego, kto zaczytuje się w kryminałach. Przyznam się, że inspiracją do tego wpisu był “Poirot” Agathy Christie. Jej książki nie ukazują trucizn jako tępych narzędzi zbrodni - różnią się przecież od noża, młotka czy sztachety. Aby kogoś otruć, trzeba wykazać się niemałym sprytem, dużą znajomością toksyn oraz umiejętnością zacierania śladów. To nie jest metoda dla zdesperowanych i roztargnionych. 

Wszystko płynie, więc i trucizny stopniowo ewoluowały. Bez wątpienia przyczynił się do tego rozwój chemii i farmacji. O ile wcześniej królował arszenik i antymon, o tyle w XIX i XX wieku dominowały alkaloidy roślinne. Sole metali opatrzyły się mordercom, ponadto ich wykrycie było dziecinnie proste. Potrzeba substancji silnie działających i niezawodnych skłoniła morderców do wykorzystania morfiny, kokainy czy strychniny. Związki te były narzędziem potwornych zbrodni - nierzadko wyjątkowo subtelnych i wymyślnych. Oczywiście prawo próbowało ograniczać dostęp do nich, a przynajmniej rejestrować obrót nimi, ale zapisy te były do sforsowania dla osób majętnych i wpływowych. Ponadto naprawdę znakomita większość zakupów substancji uznawanych za trucizny, pierwotnie nie była przeznaczona do eliminacji ludzi. Strychniną powszechnie truto szkodniki - zwłaszcza myszy i szczury, których doprawdy nie brakowało. Morfiną uśmierzano ból rannych żołnierzy, przez co setki tysięcy dzielnych weteranów popadło nieświadomie w opioidowe uzależnienie. Popyt kształtował podaż, więc morfinę można było kupić od pokątnych handlarzy równie łatwo co cukierki. 

Chciałbym, aby 60. wpis miał nieco inną formułę. Nie chcę przytaczać suchych danych i utartych formuł, których nie można sobie w żaden sposób wyobrazić. Pragnę pokazać Wam, jak mordercy doprowadzali swoje ofiary do miejsca “skąd nie ma już powrotu” za pomocą związków aktywnych występujących w roślinach. Dlatego opiszę kilka wyjątkowo ciekawych zabójstw dokonanych w XIX i XX wieku. Będą to przypadki angielskie (brytyjski charakterek), choć tak naprawdę w każdym zakątku świata można znaleźć podobne schematy. Jeżeli będzie to możliwe, rozszerzę opis o informacje toksykologiczne, które lepiej pozwolą Wam zrozumieć siłę i działanie toksyny.



Naprawdę trudno było zaskoczyć czymś nowym opinię publiczną w Londynie, w Edynburgu, bądź w Liverpoolu. Jednak sprawa ta była niewątpliwie szokiem dla wymiaru sprawiedliwości i wyższych sfer. Przebiegłość i bezwzględność mordercy wzbudziła w wielu naprawdę duży niepokój. Wszak jak nie bać się trucizny, której nie można wykryć?

George Henry Lamson był z wykształcenia lekarzem chirurgiem. W tej dziedzinie praktyka czyni mistrza, a najlepszą okazją do tego była zaczynająca się kolejna bałkańska rzeź - Wielki Kryzys Wschodni. Brytyjczycy wspierali interesy Imperium Ottomańskiego, które przeciwstawiało się zakusom carskiej Rosji wspomaganej przez Austro-Węgry i inne kraje europejskie. Lamson dołączył do korpusu medycznego, gdzie szlifował swoje umiejętnosci, operując licznych rannych. Niewątpliwie wielu żołnierzy zawdzięczało mu zdrowie i życie, a sama wojna przynosiła całkiem niezłe dochody. Jednakże ogrom cierpienia i doświadczeń był stanowczo zbyt wielki jak na niezaprawionego w boju Anglika. Jedynie morfina przynosiła ukojenie i zapomnienie. W korpusie było jej pod dostatkiem, zatem jej brak nie doskwierał Lamsonowi - przynajmniej dopóki konflikt trwał. Gdy zawarto rozejm, chirurg musiał powrócić na Wyspy, do swojej żony Kate. Dzięki zgromadzonym oszczędniościom otworzył gabinet w nadmorskim kurorcie Bournemouth, licząc na spore zyski. Niestety, spodziewane dochody nie pojawiały się, a opioidowy nałóg kosztował chirurga coraz więcej. W efekcie w 1879 roku Lamson po raz pierwszy stanął nad finansową przepaścią. Od upadku dzielił go ostatni krok. Którego nie wykonał. 

Żona doktora Lamsona - Kate, pochodziła z dobrej rodziny. Była zżyta z trójką rodzeństwa i mocno przeżyła śmierć swoich rodziców. Zgodnie z ich ostatnią wolą, cała czwórka została obdarowana majątkiem na równych prawach - po 1/4 dóbr na każdego. W 1879 roku zmarł jej brat Herbert. Nie miał zstępnych, zatem jego majątek został rozdzielony pomiędzy rodzeństwo. Był to duży zastrzyk finansowy dla Lamsona, który pozwolił wykaraskać mu się z kłopotów. Jednak natura nie znosi próżni i nie zwykła odwlekać nieuniknionego. Po kilkunastu miesiącach Lamson znów był zadłużony, ale tym razem po same uszy. Rozpaczliwie szukając ratunku, postanowił zaprzeczyć złożonemu ślubowaniu i samowolnie przekroczyć granicę życia i śmierci.

Ofiary nie szukał długo. Stał się nią brat Kate - Percy Malcom John. Wybrał go z kilku względów. Był osiemnastolatkiem, który wciąż pobierał nauki w szkole, zatem jego część majątku nie była uszczknięta. Ponadto w wyniku urazu kręgosłupa którego nabawił się w dzieciństwie, stracił władzę w nogach. Mimo tego cieszył się dobrym samopoczuciem i zdrowiem. Lamson postanowił zabić Percy’ego, lecz żaden ze sposób nie wydawał mu się wystarczająco dobry. Trucizna musiała być niewykrywalna, w przeciwnym wypadku to lekarz byłby pierwszym podejrzanym. Plan był wspaniale prosty - otruć, a winę za śmierć zrzucić na niepełnosprawność Percy’ego.

Trudno powiedzieć ile było zamachów na życie nastolatka. Są to informacje których nie można odtworzyć, lecz można domniemywać, iż co najmniej dwa - z czego jeden udany i to właśnie nim chcę się zająć. 

24 listopada 1881 roku, doktor George Henry Lamson kupił w jednej z londyńskich aptek dwa grany (130 mg) akonityny. Substancja została mu sprzedana bez żadnego problemu, gdyż z racji prowadzonej praktyki figurował w rejestrach osób upoważnionych do nabywania tego typu związków. Transakcję poświadczył własnym podpisem “George H. Lamson, Bournemouth”.

3 grudnia 1881 chirurg odwiedził szkołę Percy’ego pod pretekstem sprawdzenia jego stanu zdrowia i postępów w nauce. Rozmowa z kadrą miała charakter nieoficjalny - Lamson przyniósł ciasto z rodzynkami, a jowialny dyrektor zaoferował kieliszek sherry. “Small talk” w pewnym momencie zszedł na temat medycznych wynalazków. Lekarz wyjął z kieszeni kilka żelatynowych kapsułek, które były nowym sposobem podawania substancji gorzkich bez przykrej konieczności poznawania ich smaku. Na oczach dyrektora napełnił jedną z nich cukrem z cukiernicy i dał Percy’emu do połknięcia. Kilka minut później Lamson oświadczył, iż musi wracać, gdyż ma wykupiony bilet kolejowy i miejsce na łodzi do Francji, gdzie musi załatwić ważne interesy. Serdecznie pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł, nie wzbudzając żadnych podejrzeń. 

Po 15 minutach od wyjścia chirurga, Percy poczuł się źle. Skarżył się na palenie w jamie ustnej, pieczenie w przełyku i drętwienie języka. Nastolatek stwierdził, iż już czuł to kiedyś, gdy dostał od szwagra pastylkę z chininą. Wówczas objawy przeszły, zatem nie przywiązywał do tego większej wagi. Objawy pogłębiały się z minuty na minutę - pojawiły się wymioty tak silne, iż uniemożliwiały połknięcie czegokolwiek. Ból w jamie brzusznej był nie do zniesienia i nie ustępował nawet po podwójnej dawce morfiny zaordynowanej przez pospiesznie wezwanego lekarza. Kolejne objawy wskazywały na zbliżającą się agonię - konwulsje, drgawki, omamy i halucynacje. Po 3 godzinach i 45 minutach Percy zmarł w cierpieniach. 

Śledczy od samego początku stawiali na otrucie nastolatka przez Lamsona. Bardzo szybko zarządzono sekcję zwłok, pozyskując w ten sposób próbki organów i zawartość żołądka do analizy. Ponadto zabrano wszystkie leki Percy’ego z jego pokoju oraz ciasto i cukier z gabinetu dyrektora. Chirurg zdołał dotrzeć do Francji, lecz po kilku dniach powrócił na Wyspy, gdzie natychmiast zatrzymano go pod zarzutem morderstwa z premedytacją. 

Pierwsza rozprawa odbyła się 9 marca 1882 roku. Obrona wygłosiła sążniste oświadczenie, w którym ubolewała nad życiem Percy’ego i jego kalectwem, które miało przyczynić się do niewydolności organów, a tym samym do śmierci z przyczyn naturalnych. Lamson miał w rękach atut - dr Dupre i dr Stevenson odpowiedzialni za sekcję zwłok i ustalenie przyczyny śmierci, nie znaleźli niczego konkretnego. Owszem, wykryto ślady morfiny, lecz nie dawała takich objawów, ponadto podano ją w celu uśmierzenia bólu. Dupre i Stevenson byli przekonani, że Percy’ego otruto, lecz znane testy analityczne wykluczały arszenik, antymon, strychninę i inne znane mordercze substancje. Dlatego postanowili podejść do sprawy mocno nietypowo. 

Aby zidentyfikować truciznę, należało dysponować odpowiednio przyrządzonymi próbkami narządów wewnętrznych. Uzyskiwano je poprzez ekstrakcję ich fragmentów - wykorzystywano do tego wątrobę, nerki i śledzionę. W tym konkretnym przypadku reakcje chemiczne nie dawały pożądanych rezultatów, więc postanowiono płynu... spróbować. Analitycy nakropili ekstrakt z narządów Percy’ego na własne języki oczekując, iż toksyczny związek zacznie działać i wystąpią charakterystyczne objawy. Dupre i Stevenson liczyli, że znając efekty toksyny, będą mogli łatwo określić jej rodzaj i tożsamość na podstawie opisów klinicznych, bądź kolejnych podobnych eksperymentów - tym razem ze wzorcami trujących substancji. 

Ich przewidywania były słuszne. Dość szybko odczuli ciepło w ustach, które stopniowo rozszerzało się na policzki i drętwiejący język. Ślina powodowała przemieszczanie toksyny, która powodowała ból i pieczenie gardła i przełyku. Stevenson już wiedział, co zabiło Percy’ego - zresztą jego popisowym numerem na przyjęciach było rozpoznawanie alkaloidów po smaku: była to akonityna. Analityk eksperymentował tak długo z nią, iż był w stanie określić przybliżoną dawkę zadaną chłopcu: od 1/7 do 1/4 grana (9,2-16,25 mg). 

Obrona postanowiła zastosować jeszcze jedną sztuczkę, podważając możliwość otrucia Percy’ego przez Lamsona. Jaką drogą podano toksynę, skoro świadek niczego podejrzanego nie zauważył? Wykluczono możliwość przemycenia trucizny w kapsułce, cieście i cukrze. Doktor Dupre postanowił skrupulatnie przebadać leki zabrane z pokoju nastolatka. Jego uwagę zwróciły proszki z chininą. Niektóre miały delikatnie inną barwę, różną od pozostałych. Jego przypuszczenia potwierdziły się - te ze zmienionym kolorem miały w sobie akonitynę zmieszaną z chininą. Na nieszczęście chirurga, pojawiły się zeznania farmaceutów z Bournemouth, którzy zaświadczali o zakupach wielu alkaloidów przez Lamsona - lekarz niekiedy był wyjątkowo wybredny. Pytał również o akonitynę, ale asystent apteczny znając jej silne działanie, odmówił sprzedaży, tłumacząc nieznajomością kupującego. Ponadto zgłosili się aptekarze z Londynu, którzy skojarzyli medialne doniesienia, postać chirurga i zakup akonityny.

Wciąż nie było jasne, jak lekarz przemycił truciznę do leków Percy’ego, oraz co dokładnie stało się feralnego dnia. Dla sądu i ławy przysięgłych nie miało to już wielkiego znaczenia. Doktor George Henry Lamson został uznany za winnego zabójstwa z premedytacją i skazany na śmierć. Wyrok wykonano 28 sierpnia 1882 roku. 


Sprawa z Rugeley szokuje z wielu względów. Zabójca kierował się niskimi pobudkami, pozostawił po sobie krwawe żniwo i nie oszczędził nawet najbliższych, nieustępliwie dążąc do swojego celu. Tymi wydarzeniami żyli nie tylko Anglicy, ale również Francuzi, Niemcy i Polacy. O makabrycznych szczególikach rozpisywała się Gazeta Codzienna, Gazeta Warszawska, Tygodnik Petersburski, Gwiazdka Cieszyńska, Gazeta Narodowa i Kurjer Warszawski. Zamiłowanie do zbrodni nie przeminęło i kilkadziesiąt lat później - już w wolnej Polsce, hitem wydawniczym był Tajny Detektyw koncernu IKC, dla którego nie było zbrodni, jeżeli Policja Państwowa nie znalazła szczątków ciała ofiary przynajmniej na trzech ulicach. 

Strychninę wyizolowano po raz pierwszy w 1818 roku z nasion bobu św. Ignacego. Niedługo potem odkryto ją z w nasionach kulczyby, które stały się podstawowym surowcem dostarczającym tego związku. Początkowo chemicy zatrudnieni przez sądy mieli trudności z wykrywaniem tej trucizny w ludzkim ciele. Z biegiem czasu ulepszono metody i na początku XX wieku można było zidentyfikować jej minimalne ilości z mikrogramową dokładnością. Strychnina pomimo wysokiej toksyczności odznacza się pewną wadą, którą trudno ukryć mordercom - jest straszliwie gorzka. Nieprzyjemny smak jest wyczuwalny w wodzie w stężeniu 1 ppm (jedna część na milion). Jednak nie sposób odmówić jej skuteczności, przez co strychninowe mordy wcale nie były rzadkością. 

Zabójstwo Johna Parsonsa Cooka było bodaj najgłośniejszą sprawą otrucia za pomocą właśnie tego alkaloidu. Winnym zabójstwa był William Palmer, okrzyknięty przez prasę “Księciem Trucicieli”. 

Wszystko zaczęło się w Rugeley w Staffordshire, gdzie Sarah i Joseph Palmerowie wiedli spokojny żywot. Dzięki dobrej pracy Josepha było ich stać na utrzymanie szóstki dzieci - jednym z nich był właśnie William, urodzony w 1824 roku. Był dość niesforny i krnąbrny. Z pierwszej pracy wyrzucono go za kradzież pieniędzy. Najwyraźniej nie zniechęciło go to do nauki, gdyż w końcu wziął się za siebie i skończył medycynę w Londynie. Powrócił do Rugeley jako lekarz, gdzie otworzył praktykę i ustatkował się, biorąc za żonę młodą Ann Thornton. Jej matka również nazywała się Ann i była bogatą wdową po pułkowniku Brookesie. Wiadomo, że teściowa pożyczyła Williamowi pieniądze i wkrótce potem zmarła. Badający jej ciało stary doktor Bamford orzekł śmierć z wyniku apopleksji. Wielkość spadku nie zadowoliła lekarza, czemu publicznie dawał wyraz. 

Palmer chcąc szybko dojść do fortuny, zainteresował się bliżej wyścigami konnymi, a właściwie hazardem na wyścigach konnych. W błyskawicznym tempie przehulał majątek, co zmusiło go do zapożyczenia się u Leonarda Bladdena. Dług wcale nie był mały, bo wynosił 600 funtów, co po przeliczeniu daje nam dzisiejsze 350 tysięcy złotych! Nadzwyczaj niespodziewanie wierzyciel umiera, a wdowa po nim odkrywa, że została niemal bez środków do życia. Akt zgonu wystawia... Palmer, doszukując się przyczyny w zadawnionym urazie stawu biodrowego. 

Śmierć nie odstępowała Williama Palmera i jego rodziny na krok. Wraz z Ann doczekali się piątki dzieci, lecz dłuższym życiem cieszył się tylko pierworodny William Brookes. W 1851 roku umiera córka Elizabeth, w 1852 roku synowie Henry i Frank, na początku 1854 roku najmłodszy syn John. Tragedie nie wpłynęły na Williama, który przepuszczał na wyścigach coraz więcej pieniędzy. Na jednej z gonitw poznał Johna Persona Cooka. John był niemal rówieśnikiem Williama, lecz w porównaniu do niego nie skończył studiów - miał zostać adwokatem, ale przez szczęśliwy traw wygrał spory majątek właśnie na wyścigach. Ich znajomość wkrótce przerodziła w zażyłą przyjaźń. Nie wpłynęło to pozytywnie na stan finansów Palmera. Konie jedzą sporo paszy, a hazard swoje kosztuje. W końcu lekarz stanął pod finansową ścianą - do jego drzwi zaczęli pukać wierzyciele. 

Chcąc rozpaczliwie złapać oddech, Palmer zaczął spłacać swoje długi majątkiem własnej matki, która nie miała o niczym pojęcia. Fałszował podpis na rozmaitych wekslach, których wartość znacznie przewyższała wielkość majątku Sary. William wiedział, że to tylko zaogni sytuację, więc postanowił działać. Wysupłał 750 funtów i w towarzystwie ubezpieczeniowym “Prince of Wales Insurance Company” w 1854 roku ubezpieczył życie swojej żony na 13 tysięcy funtów (ponad 8 mln złotych). Ann zmarła zaledwie kilka miesięcy później w wieku 27 lat, a w akcie zgonu jako przyczynę śmierci wpisano cholerę. 

Nagłe wzbogacenie się było szansą dla Williama, ale nie zamierzał spłacić kilkudziesięciu tysięcy funtów długu. Postanowił obstawić większą część odszkodowania w dwóch gonitwach. Znów przegrał, co stawiało go w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji. Próbował bezskutecznie ubezpieczyć życie swojego brata Waltera na 84 tysiące funtów, lecz zdołał jedynie wykupić polisę na 14 tysięcy we wspomnianej “Prince of Wales Insurance Company”. W międzyczasie zapożyczył się u Cooka, nieporadnie próbując odkuć się na kolejnych gonitwach. Walter zmarł w sierpniu 1855 roku - źródła sprzecznie podają, czy wypłacono Palmerowi odszkodowanie. Prawdopodobnie do tego nie doszło, a sama firma zaczęła drążyć sprawę kolejnej śmierci w Rugeley. Pętla na gardle lekarza zarzucona przez dłużników zaczęła sprawiać mu ból, a na koncie miał tylko sześć funtów - dlatego postanowił działać radykalnie i szybko. 

Cook zwrócił uwagę na konia “Polestar”, który kilka razy przyniósł mu niezły dochód. Najbliższa gonitwa z jego udziałem miała odbyć się 14 listopada 1855 roku w Shrewsbury, więc postanowił pojechać tam wraz z Palmerem i znów postawić na ulubionego wierzchowca. Oboje zatrzymali się w tym samym hotelu. Spotkali kilka znanych sobie twarzy, więc wieczór wyścigów upłynął im na sączeniu brandy z wodą w lobby. W pewnym momencie Cook spytał Palmera, czy chce dolewkę, lecz ten odmówił, zasłaniając się niedopitą szklanką przyjaciela. Cook szybko dopił resztę alkoholu i rozlał kolejną porcję. Niedługo potem zaczął uskarżać się, iż coś wypala mu gardło. William wziął do ręki naczynie Johna, po czym stwierdził, że jest tam tylko rozcieńczona brandy. Jednak Cook zaczął czuć się coraz gorzej, zdołał ujść kilka kroków, nim targnęły nim gwałtowne wymioty. Z trudem położono go do łóżka. Wezwany lekarz przepisał mu pigułki wymiotne. Wkrótce potem dolegliwości ustąpiły, a John poczuł się o wiele lepiej, choć wciąż był bardzo słaby. Tak zakończyła się pierwsza próba otrucia Cooka przez Palmera. 

William i John razem wrócili do Rugeley. Cook zakwaterował się w miejscowym hotelu, niemal naprzeciw domu Palmera, który odwiedzał go codziennie. Po każdej wizycie odczuwał mdłości i silny ból, lecz zrzucał to na karb przemęczenia i wyczerpującego trybu życia. Palmer najwyraźniej irytował się brakiem postępów, gdyż postanowił położyć wszystko na jednej szali. Ugotował rosół, który zaniósł Johnowi. Ten próbował go skosztować, lecz wymioty nadwyrężyły jego przełyk i nie był w stanie połknąć nawet łyżki płynu. Obsługa wyniosła zupę na zaplecze hotelu, gdzie spróbowała jej jedna z pracownic. Pół godziny później tak silnie osłabła, iż musiała położyć się do łóżka. Objawy przypominały chorobę Cooka. Morderca znów odniósł porażkę.

W międzyczasie Palmer wyjechał do Londynu na parę dni, próbując ratować resztki rodzinnego majątku. Lekarz badający Cooka zauważył znaczną poprawę jego stanu zdrowia pod nieobecność Williama - John był na tyle silny, że mógł sam wstać, ubrać się i przejść kilka kroków. Gdy tylko jego przyjaciel wrócił, choroba znów tajemniczo się pojawiła. Palmer najwyraźniej nie przywiózł dobrych informacji z Londynu, gdyż postanowił uderzyć po raz trzeci - i tym razem ostatni. Od znajomego asystenta chirurga kupił trzy grany strychniny (195 mg) z której wykonał pigułki, które do złudzenia przypominały przepisany lek. Ostatni raz odwiedził Johna o godzinie 23:00 i wyszedł od niego dość szybko. Niedługo potem głośne jęki z pokoju Cooka wzbudziły zainteresowanie obsługi hotelowej, która znalazła chorego w stanie agonalnym. Pospiesznie wezwany Palmer przyszedł do jego pokoju, lecz zaraz wrócił do siebie, tłumacząc się brakiem odpowiednich lekarstw. John przeżył noc, lecz jego stan był krytyczny. 

Rano Palmer kupił w miejscowej aptece sześć granów strychniny (390 mg). Nie wzbudziło to zainteresowania farmaceutów - w końcu prowadził praktykę lekarską. Po południu do Rugeley przyjechał krewny Williama, również lekarz z wykształcenia. Usłyszawszy o stanie Cooka, postanowił sformować małe, trzyosobowe konsylium, które miało zdecydować o dalszej terapii. Medycy zgodzili się zaordynować kolejne pigułki, a Palmer zgodził się nadzorować podanie lekarstwa. Około 21:30 podał Cookowi dwie pigułki, lecz to nie pomogło - po kilkunastu minutach John znów wrzeszczał z bólu. Znów przysłano po Palmera, który zadał kolejne dwie pigułki, które miały zawierać w składzie amoniak. Chwilę później John Parsons Cook zmarł w agonii. 

Śmierć Johna Cooka szybko rozniosła się po okolicy, a jego krewni zaczęli zjeżdżać do miasta. Wkrótce okazało się, iż gdzieś rozpłynęły się jego pieniądze, a on sam miał być winny 4000 funtów Williamowi Palmerowi. Zaalarmowało to spadkobierców Cooka, którzy zaczęli podejrzewać zamach na życie bogatego młodzieńca. Zażądali sekcji zwłok, która miała definitywnie ustalić przyczynę śmierci. Podczas sekcji był obecny Palmer - jego obecność zapamiętano dobrze, gdyż strącił naczynie z pobranymi płynami. W końcu zebrano co się dało i zapakowano w słoje, które wysłano do Londynu. Palmer próbował przekupić gońca, aby zniszczył przesyłkę, lecz ten odmówił i dostarczył próbki do analizy.

Chemicy potwierdzili obecność strychniny w ciele Johna Parsona Cooka. Dzięki ekshumacji ciała jego żony Ann można było postawić Williamowi kolejny zarzut morderstwa - tym razem trucizną był antymon. Aby sprawiedliwie osądzić Williama Palmera, zdecydowano się na proces w Londynie. Lokalna prasa miała duży wpływ na miejscowych sędziów, przez co obawiano się o ich bezstronność. Sąd i ława przysięgłych uznali Williama Palmera winnym podwójnego zabójstwa z premedytacją. Powieszono go 14 czerwca 1856 roku.

Ofiar Palmera być może było więcej. Liczne artykuły prasowe sugerowały nienaturalną śmierć jego brata Waltera i teściowej; zwracano również uwagę na zgony jego dzieci. Stawiano tezę, iż otruł je, nie chcąc ich dalej utrzymywać. Jak było naprawdę - wiedzę na ten temat William Palmer zabrał ze sobą do grobu.


Ze wszystkich przedstawionych we wpisie historii, to właśnie zbrodnia dokonana na członkach rodziny Devereux wydaje mi się najstraszniejsza i najboleśniejsza w swej wymowie. Moje odczucia potęgują motywy, którymi kierował się zabójca. Nie chodziło mu o rodzinną fortunę, majątek ziemski ani wpływy. Człowiek ten był pod wieloma względami podobnym do nas: miał rodzinę, pracę, znajomych, codzienne obowiązki, pewnie jakieś hobby i zainteresowania. Jednak żywił w sobie pewną niechęć do świata, która stopniowo narastała - wystarczył impuls, aby Arthur Devereux zmienił się z przykładnego ojca i męża w wielokrotnego mordercę.

Notatki prasowe milczą o początkach rodziny Devereux. Wiadomo, iż Arthur i Beatrice Ellen Maud zawarli związek małżeński w 1898 roku w dość młodym wieku - mieli zaledwie po siedemnaście lat. Mieszkali w Londynie, który nie był przyjaznym miejscem dla nastolatków na dorobku, którzy nie chcą być ciężarem dla bliskich. Beatrice szybko zaszła w ciążę i urodziła zdrowego chłopca, któremu nadała imię Stanley. Szukając lepszego życia, rodzina Devereux w 1902 roku przeprowadziła się do Stroud, miasta w hrabstwie Gloucestershire. Niedługo potem Arthur znów został ojcem, tym razem bliźniaków. Z trudem wiązali koniec z końcem, co skłoniło ich do rychłego powrotu do Londynu, gdzie Devereux objął posadę kierownika apteki. 

Wydawało się, że w końcu znaleźli swoje miejsce na świecie. Dzieci były zdrowe, a pensja wystarczyła na spokojne życie. Jednak psychika Arthura szwankowała, przez co zaczął planować mord na członkach swojej rodziny. Niektóre źródła podają, że zrobił to z nędzy - trudno jednak posądzać o nią kogoś, kto wynajął w grudniu 1904 roku aż dwa mieszkania. Na Milton Avenue wprowadzili się Devereuxowie, natomiast drugie w innej części Londynu stało puste, a wiedział o nim tylko Arthur. 

28 stycznia 1905 roku Devereux wyprawił najstarszego syna do szkoły. Z domu wyszła również Beatrice, gdyż była umówiona ze swoją matką na zakupy. Po dokonaniu sprawunków obie wróciły na Milton Avenue, skąd każda poszła w swoją stronę. Potem już nikt więcej nie widział Beatrice Devereux żywej. Odtworzenie ciągu zdarzeń jest wyjątkowo trudne, ale Arthur najprawdopodobniej tego samego dnia zabił swoją żonę i dwóch synów. Szybko zaczął się pozbywać ubrań swojej żony i niektórych przedmiotów - choćby dziecięcego wózka. Nie umknęło to uwadze sąsiadów, lecz miał gotową odpowiedź rozwiewającą ich wątpliwości: żona wraz z dwójką dzieci porzuciła go i wyjechała z kraju, a jego zostawiła samego z najstarszym synem. Ponieważ obecne mieszkanie było za duże, postanowił przeprowadzić się do mniejszego lokum w innej części miasta. Opowieść Devereuxa uwiarygodniała najęta firma przeprowadzkowa, która wywoziła duże skrzynie, w których miały znaleźć się sprzęty codziennego użytku i apteczne opakowania z lekami.

Arthur Devereux wiedział, iż zniknięcie Beatrice wkrótce wyjdzie na jaw, dlatego postanowił definitywnie zerwać jakiekolwiek więzi z miastem i porzucić dotychczasową tożsamość. Jako Arthur Taylor zdobył pracę w aptece w Coventry (160 km od Londynu), gdzie zamieszkał wraz ze Stanleyem. Tymczasem teściowa zaczęła niepokoić się o córkę, która nie odwiedzała jej od kilku tygodni. Postanowiła ją odwiedzić, lecz na Milton Avenue zastała tylko puste mieszkanie. Od razu zaalarmowała policję, a ta potraktowała sprawę bardzo poważnie. Początkowo śledztwo prowadziło donikąd - Devereuxowie rozpłynęli się jak we mgle. Dopiero kwiecień przyniósł rozwiązanie zagadki. 

11 lub 12 kwietnia w Coventry ujęto Arhtura Taylora, którego natychmiast dostarczono do Londynu. 13 kwietnia policjanci dotarli do magazynu na Kensal Rise, gdzie Devereux zdeponował część dobytku. Znaleziono tam charakterystyczny blaszany pojemnik, który dodatkowo przewiązano skórzanym pasem utrwalonym pszczelim woskiem. Z trudem złamano zabezpieczenia i otworzono pokrywę. Wewnątrz znajdowała się warstwa drewnianych deszczułek ułożonych wielką starannością i dokładnością. Drewno pokryto mieszanką mocnego kleju i kwasu bornego, w efekcie czego uzyskano absolutną szczelność. Na dnie pojemnika spoczywały ciała Beatrice Devereux oraz jej dwóch synów. Ponieważ od zgonu nie minęło wiele czasu, a zabiegi mordercy zakonserwowały zwłoki, zdołano ustalić przyczynę śmierci - zatrucie morfiną.  

Sekcję zwłok przeprowadzał doktor Thomas Stevenson, który podjął się również oznaczenia dawek zadanych przez Arthura Devereux członkom swojej rodziny. Nie udało się tego ustalić w przypadku dzieci; bez wątpienia zostały otrute, wskazywały na to ślady narkotyku. Użyto minimalnej ilości substancji, przez co nie uzyskano jednoznacznych wyników. Ciało Beatrice nadawało się znacznie lepiej do tego celu. Z narządów wewnętrznych uzyskano 1,12 grana morfiny (73 mg). Oczywiście nie oznaczało to, że dokładnie tyle podał jej Devereux - oskarżyciele swobodnie mnożyli tę liczbę przez trzy, cztery i pięć. Prawdę znał tylko morderca. Obecnie uważa się, iż 60 mg związku poważnie zaburza czynność organizmu, a 200 mg jest dawką śmiertelną. 

Truciciela wyjątkowo szybko postawiono przed sądem. Dowody świadczące przeciwko niemu były tak mocne, że narada nad wyrokiem zajęła zaledwie 12 minut. 15 sierpnia 1905 roku - zaledwie po czterech miesiącach od aresztowania w Coventry - Arthur Devereux został powieszony w więzieniu Pentonville. 

Spodobał Ci się mój wpis? Polub mój fanpage i bądź na bieżąco!
Chcesz mi pomóc? Skomentuj wpis, udostępnij go w mediach społecznościowych.
Możesz również wyrazić wdzięczność poprzez widget Zrzutki.
Dziękuję za Wasze wsparcie!

8 komentarzy:

  1. Bardzo fajny post oby było takich więcej. Bardzo fajny masz styl pisania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wis, uwielbiam twojego bloga, każdy post czyta się jak powieść :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zarówno Pani, jak i Pani Magdzie, Oli oraz Panu Antoniemu - serdecznie dziękuję za miłe słowa! Obiecuję, że dalej będę rozwijał Manuał Zielarski! :)

      Usuń
  3. Gratuluję i życzę wytrwałości w dalszej pracy nad blogiem! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. super post dzięki:) super styl

    OdpowiedzUsuń