wtorek, 4 grudnia 2018

Ergoapiol. Te róże nie pachną

Na III Forum Zielarskim wspomniałem o Ergoapiolu i jego negatywnym wpływie na przebieg kobiecej ciąży. Powiedziałem o nim jako o farmaceutycznej ciekawostce, ale preparat i jego kompozycja wzbudziły ciekawość wśród widzów, gdyż po wykładzie kilkukrotnie podeszli do mnie słuchacze i poprosili o więcej szczegółów. Pragnieniom tym czynię zadość, zresztą nic mnie to nie kosztuje, albowiem i tak miałem napisać o Ergoapiolu, a konkretnie o apiolu wchodzącym w skład tego preparatu. Przy okazji udało mi się skleić całkiem niezłą historię, co osobiście wielce mi się podoba: wolę w ciekawy sposób przekazywać informację o związkach aktywnych i roślinach leczniczych, niżby wkleić nudną i niezrozumiałą tabelkę i czuć się tym samym „panem naukowcem”. 


Nowojorski fabrykant farmaceutyczny Martin H. Smith chyba nie miał dobrej prasy. Gdyby przyznawali nagrody na wypuszczenie na rynek preparatów okrytych jak najgorszą sławą, dostałby z pewnością trzecie miejsce za Glykeron, czyli mieszankę syropu cukrowego i heroiny oraz wicemistrzostwo za Ergoapiol. O włos i znokautowałby talidomid. Specyfikowi Smitha nie odpuszczali lekarze, farmaceuci, urzędnicy, a nawet pisarze. Wielki Ernest Hemingway bardzo jasno i klarownie pisał o tym środku, utrzymując nimb ludzkich krzywd i tragedii: 

Love is just another dirty lie. Love is Ergoapiol pills to make me come around because you were afraid to have a baby.

Wszystko zaczęło się całkiem normalnie. Pod koniec XIX wieku w laboratoriach firmy Martina H. Smitha zdecydowano się na poszerzenie asortymentu istniejących preparatów poprzez opracowanie formuły nowego leku, który miał wspomagać terapię bolesnych i nieregularnych miesiączek. Zatrudnieni tam farmaceuci skupili swoją uwagę na europejskich surowcach roślinnych, które oficjalnie wykorzystywano do stymulacji menstruacji, a w rzeczywistości częściej używano do tzw. spędzania płodu, czyli w celach poronnych. Postanowiono oprzeć się na alkaloidach sporyszu (poświeciłem im tekst „Życie w życie”) i olejku z nasion pietruszki, w efekcie czego wynaleziono Ergoapiol, który przez cały okres istnienia zawierał w każdej kapsułce: 

   Apiol (wedle technologi M.H.S.) - 5 granów 
   Ergotynę – 1 gran 
   Olejek z jałowca sabińskiego – ½ grana 
   Aloinę – 1/8 grana 

Nie dogrzebałem się do informacji, w którym roku Ergoapiol zadebiutował na półkach aptecznych, ale musiało być to z pewnością przed 1902 rokiem, gdyż już w tym czasie pisma medyczne rozpisywały się (mniej lub bardziej z inicjatywy firmy Smitha) o cennych i korzystnych właściwościach preparatu. 

Vermont Medical Monthly w 1902 roku w nieoznaczonym artykule sponsorowanym wychwalał pod niebiosa zalety Ergoapiolu w zakresie wspierania i stymulacji przepływu krwi w obszarze miednicy i macicy, jednocześnie podając kilka przypadków z praktyki lekarskiej. 23-letnia pani D. cierpiała na bolesne miesiączki i wielkie krwotoki, które skutecznie zostały zahamowane dzięki iście końskim dawkom specyfiku: 6 kapsułek dziennie przez 5 dni. Rok młodsza pani T. musiała zażywać dwie dawki leku przez 90 dni. Autor tekstu podkreślał znaczne zasługi składników czynnych w leczeniu nieregularnej menstruacji anemiczek, którym ze względu na cherlawość i wrodzoną słabość wystarczyła tylko jedna kapsułka dziennie. Jednocześnie wskazano, iż inne „apiole” nie są dobrymi preparatami, a najskuteczniejsze jest tylko remedium z fabryki Smitha, bo ma aż „92% aktywnego składnika pietruszki”. W piśmie The Trained Nurse nad Hospital Review z 1910 roku Ergoapiol przestawiano jako zupełnie nowy produkt na rynku, który „jest wolny od toksyn i substancji niepożądanych”.

Reklama Ergoapiolu z 1902 r.

Nieco mniejszym optymizmem odznaczali się redaktorzy i naukowcy należący do Council on Pharmacy and Chemistry of the American Medical Association (1914), a największy sceptycyzm budził w nich składnik leku oznaczony nazwą „apiol”. 

Nie przedstawiono żadnego oświadczenia względem składnika „Apiol”. Z właściwości fizycznych i wagi zawartości każdej kapsułki jest jasne, iż każda dawka nie zawiera 5 granów apiolu jako chemicznej substancji, lecz jakiś płyn, prawdopodobnie oleożywicę z nasion pietruszki. 

Członkowie AMA stali twardo na stanowisku, iż skoro w leku nie znajduje się czysty apiol a jedynie ekstrakt, to firma w ten sposób świadomie wprowadza pacjentów w błąd. Pomimo tych wątpliwości wyrażanych przez świat nauki, produkt Smitha trzymał się bardzo dobrze i przynosił duże zyski. Nie umknęło to uwadze oszustom, którzy rychło wprowadzili do obrotu sfałszowane opakowania Ergoapiolu. Smith szybko zareagował i rozpoczął wielką kampanię informacyjną, reklamującą jedyną słuszną metodę identyfikacji oryginalności leku. Mianowicie chcąc sprawdzić, czy kapsułka wyszła z fabryki Smitha, należało ją… przeciąć wzdłuż! Tak dostosowano formy, iż po rozpołowieniu twardej żelatynowej kapsułki ukazywały się inicjały M.H.S., uprzednio niewidoczne z zewnątrz. Większym problemem były firmy kopiujące receptury – na te nawet i Smith nie mógł poradzić. Dlatego na rynku pojawił się Apergols, który był wytwarzany wedle nominalnego przepisu Ergoapiolu, choć zapewne i on wykorzystywał oleożywicę z nasion pietruszki, którą zapisywano pod nieprawdziwą nazwą „Apiol”.

Reklama Ergoapiolu z 1910 r.

Dokumenty Departamentu Rolnictwa Stanów Zjednoczonych z lat 1919-1922 pokazują dużą popularność preparatów z apiolem, jakkolwiek był wtedy rozumiany. Urzędnicy federalni działając na podstawie Pure Food and Drug Act z 1906 roku, przejmowali źle oznakowane lub wprowadzające w błąd produkty lecznicze, które wychwytywano podczas przewożenia z jednego stanu do drugiego. Publiczne obwieszczenia Departamentu wielokrotnie wspominały o przypadkach zniszczenia mniejszych lub większych partii specyfików nominalnie oznaczonych jako preparaty do regulacji cyklu miesiączkowego. Faktycznie wykorzystywano je jako środki poronne, które szybko upłynniano na czarnym rynku. Najwyraźniej był to większy biznes, bo niezależnie od marki w swoim składzie niezmiennie wykazywały obecność apiolu, mięty polej, korzenia bawełny i wrotyczu. 

Ergoapiol pojawił się również na rynku brytyjskim i najwyraźniej już wtedy był otoczony specyficzną sławą – ku uldze wielu ciężarnych w kłopotliwej sytuacji, a przerażeniu wielu farmaceutów, których wkrótce związała ustawa Pharmacy and Poison Act z 1933 roku. Ten akt prawny szczegółowo regulował wydawanie preparatów toksycznych i silnie działających wedle przepisu lekarskiego. Ergoapiol podpadał pod ustawowe wytyczne, więc od pacjentek proszących o opakowanie leku żądano recepty. Farmaceuci z miękkimi sercami niekiedy ulegali gorącym prośbom i namowom, o czym lubował się rozpisywać The Chemist and Druggist, potępiając aptekarzy łamiących państwowe przykazania, którzy przymykali oko na brak stosowanych dokumentów. W czasie II wojny światowej poświęcano takim osobom szczególnie wiele akapitów i szpalt, co było zasługą inspektorów rządowych, którzy najwyraźniej nie mając nic lepszego do roboty w perspektywie niemieckiej inwazji na Wyspy Brytyjskie, namawiali młode kobiety do udawania ciąży i pod przykrywką wysyłali je do aptek, aby wyłudziły Ergoapiol bez lekarskiego poświadczenia. 

W ten sposób wpadł pan Watson, pracownik londyńskiej apteki z 45-letnim stażem, choć jego sprawa była nieco inna, bo indagowany o Ergoapiol odrzekł dwóm chwilowym agentom Jego Królewskiej Mości, iż Ergoapiolu na stanie nie ma, ale jest coś podobnego w działaniu. Zatroskany o los młodej dziewczyny, zapytał ją o miesiąc ciąży, po czym sprzedał jej najzupełniej legalny specyfik „Pour les Dames Capsules”, a nawet podobno (do czego się nie przyznał) poinstruował ją jak użyć strzykawki i wody z mydłem karbolowym, co miało niezawodnie zakończyć ciążę. Dochodzenie rozbiło się nawet o eksperta, który jasno stwierdził, sprzedany preparat nie mógł wywołać poronienia, ale jeżeli kobieta pyta o Ergoapiol bez recepty lekarskiej, to bez wątpienia jest to bardzo podejrzana sprawa i zapewne chce sztucznie zakończyć ciążę. Życzliwy wobec ludzkiego nieszczęścia pan Watson został zawieszony na czas 12 miesięcy w prawach członka Towarzystwa Farmaceutycznego, gdyż był to jego pierwszy udowodniony nielegalny wyczyn.

Informacja o powrocie Ergoapiolu na rynek brytyjski po II w.ś.

Fatalna opinia o Ergoapiolu mocno nadszarpnęła zaufanie służby zdrowia co do tego preparatu. W latach 50. prowadzono poważną dyskusję o zatruciach apiolem, ale prawdziwym gwoździem do trumny tego środka była śmierć młodej Kanadyjki w maju 1957 roku, która była następstwem zażycia leku w celu poronnym. Lekarze do których wtedy trafiła, opublikowali list w The Canadian Medical Association Journal w 1958 roku, w którym negowali zasadność użycia apiolu i olejku z jałowca sabińskiego we współczesnej terapii i podkreślali ich wysoką toksyczność i ogólne niebezpieczeństwo dla pacjenta. Niedługo potem Ergoapiol zniknął z aptecznych półek. I świat stał się trochę bezpieczniejszy. 

Apiol odkryty w połowie XIX wieku pod koniec stulecia trapił uczciwych naukowców i wytwórców, bo to, co sprzedawano jako tę substancję, najczęściej nią wcale nie było. Autor artykułu z 1897 roku, który opublikowano w The Chemist and Druggist, ubolewa nad mizerną jakością w handlu:

Wiele niepodobnych do siebie substancji jest sprzedawanych jako apiol. Różnią się gęstością, kolorem, obecnością rozpuszczalników i reagentów oraz poddaniem na wpływ ciepła rozkładającymi pożądane związki. Fałszuje się go olejem rycynowym lnianym, gliceryną i balsamem gurjun. 

Problemem apiolu zajmowało się wspomniane wyżej American Medical Association, którego członkowie tak gorąco wątpili w skuteczność przetworów pietruszkowych, iż w 1922 roku otwarcie zadeklarowali: 

Preparaty z nasion pietruszki były używane przez wiele lat dla ich właściwości antymiesiączkowych i stymulujących menstruację. […] Nie ma żadnych akceptowalnych dowodów na wartość apiolu jako środka terapeutycznego. Mając na uwadze fakt, iż przez tyle lat nie zdobyto żadnego satysfakcjonującego dowodu użyteczności nasion pietruszki, Rada postanawia wykluczyć apiol z listy New and Nonofficial Remedies. 

Brytyjczycy nie byli tak radykalni w odróżnieniu od Amerykanów i postanowili dalej pracować nad apiolem, a przynajmniej wciągnąć go w jakieś solidne ramy standaryzacyjne. Szło im to jednak nadzwyczaj mizernie, czego dowodem było wystąpienie na krajowym kongresie farmaceutycznym w 1928 roku (The British Pharmaceutical Conference). Głównym problemem na jaki napotkano był… brak apiolu w surowcu. Nasiona pietruszki uprawianej w Anglii oraz we Francji zawierały nędzne ilości tego związku, dlatego potrzebne badania prowadzono w Niemczech. Wymagania narzucone przez B.P.C. (British Pharmaceutical Codex) były nie do spełnienia dla krajowego surowca, wobec czego postulowano napisanie nowej monografii. Z jakichś powodów do rewolucji standaryzacyjnej nie doszło, a monografia B.P.C. z 1934 roku nie różni się wielce od tych sprzed 1928 roku. 

Obecnie wiemy, iż problem Brytyjczyków był jak najbardziej realny, gdyż istnieją trzy rasy fitochemiczne pietruszki:
- mirystycynowa
- apiolowa
- ATMOB (allyltetramethoxybenzol).

Znaczne ilości apiolu występują tylko w rasie apiolowej (58-80%), w pozostałych mamy ślady (ATMOB), albo do 3% (mirystycynowa). Możemy tylko rozważać, czy jak wielkie przełożenie to miało na skuteczność terapeutyczną Ergoapiolu. Mirystycyna jest obecna w gałce muszkatołowej, a przecież i ją wykorzystywano jako środek poronny. Który związek miał więcej „na sumieniu” w przypadku śmierci Kanadyjki – apiol czy mirystycyna? Mógłbym rozwiązać sprawę, ale szkoda mojego czasu. Lepiej zająć się realniejszymi problemami. Wyjdzie to każdemu na zdrowie.

Gorąco zachęcam do kupna mojej nowej książki
Archidoxis Magica i inne traktaty

4 komentarze: